czwartek, 23 maja 2013

IZK, co to jest i na co?;/ czyli jak to w Polsce lepiej chorować niż zapobiegać

Dziękuję Wszystkim za słowa wsparcia, zrozumienie i pocieszenie. Dziękuję za taki odzew - zarówno tu, na blogu, jak i w mailach. Nie spodziewałam się, a już tym bardziej - pisząc o chorobie - nie liczyłam na cokolwiek. A to, co otrzymałam przerosło moje (nawet jeśli by był jakiś cień) oczekiwania.
Biegnę jeszcze wyjaśnić kilka spraw, i choć nie powinnam się denerwować (i właściwie to mnie - już - nie denerwuje, a śmieszy) wyjaśniam, iż SM we wczesnym stadium (zresztą, jak inne choroby także) to izolowany zespół kliniczny. Z IZK można by się cieszyć, bo oznaczałoby to jakieś nikłe szanse na to, że chorobą nie będzie w ostateczności (może SMem, może zapaleniem mięśnia, może brakiem wit.B12, a może boreliozą? ... dobra, dobra nie mam złudzeń), ale w naszym cudownym kraju IZK można uznać za przekleństwo ;/ IZK nie kwalifikuje się na refundacje, chociaż - w przypadku SM - leczenie na etapie IZK daje duże szanse na zmniejszenie objawów. Ale po co zapobiegać, lepiej wydawać kupę kasy na pacjenta, który już nie rokuje!!! Przecież na cos trzeba ją wydawać. A jak będzie rokował, to 5letni program refundacji też dla NFZ o kant ... bo potrzeba ciągłego leczenia, więc ... tu dalej każdy dopisze sobie sam, o co chodzi NFZtowi;/

poniedziałek, 20 maja 2013

sclerosis multiplex, czyli czemu mnie tu nie ma ....


Wiele razy już słyszałam i czytałam, ze książkoholizm – czyli określenie przyjęte na użytek osób uwielbiających czytać (czy też raczej kupować) książki – był jakoby nie uleczalny. Otóż nic bardziej mylnego! Podtrzymuję teorię, iż jak każdy holizm do uleczalnych należy. Ja wyleczyłam się niego z dwóch powodów, z których wolałabym jeden zamienić na hiperksiążkoholizm, lub jakikolwiek inny holizm, byle nie mieć tego, co …mam. Po pierwsze z książek wyleczyła mnie przeprowadzka. Niby wszystko fajnie, warunki niby sprzyjające, przeprowadzka 20 metrów dalej. Wszystko przeniesiemy we własnych (no nie do końca czasem) rękach, a z drugiej strony chyba wolałabym zapakować to wszystko w wielkie kartony i nie martwić się noszeniem. Tak, moje książki dały mi do wiwatu! Niezliczona ilość kursów z mieszkania do mieszkania. Po kilku układnych wypakowaniach z wielkiego kosza, następuje chaotyczne rzucanie książek, bo po pierwsze byle szybciej, a po drugie – i chyba jednak najważniejsze – nikt nie może na nie już patrzeć!;/ Boli nas wszystko – bolą nas mięśnie, ręce, nogi i myśl, że książki to jednak … okrucieństwo;/ Chcemy jak najszybciej się ich pozbyć (chęć podtrzymujemy, jednak czasu mało). Tym oto sposobem wyleczyłam się z książkoholizmu.

Drugi powód dla którego nie mam chęci zaglądać do książek to moja choroba, która wyszła (dobrze, czy nie – nie wiadomo) przy przeprowadzce. Może gdyby nie zmęczenie i stres z tym związany dowiedzielibyśmy się o niej zbyt późno, teraz może jest jeszcze nadzieja i szansa na jako takie funkcjonowanie.

Pierwsza noc na nowym mieszkaniu – co się śniło? Nie pamiętam –mówią, że to, co śni się w nowym miejscu spełnia się. Hmm…mi najczęściej w nowych miejscach śni się coś strasznego – taka chyba głupia podświadomość;/ Tym razem nie pamiętam, może śniło mi się NIC? NIC – to słowo, które mogę wypowiadać mówiąc o mojej chorobie – NIC nikt nie wie. Tak było od początku. Pierwsze popołudnie pod nowym adresem spędzamy na pogotowiu ….odesłani, że niby to NIC mi nie jest. Następny na pogotowiu jest już poranek i … pół dnia. Diagnoza. Drastyczna. Wycina mi połowę życie. Zabiera nadzieję, chociaż staram się ją wypierać. Wypieranie na NIC się zdaje. Specjalistyczne badania wykluczają wszelkie choroby, które po drodze można wykluczyć do tej najgorszej, która jest na końcu łańcucha moich objawów. Na mnie czeka to ostatnie. Najgorsze;/ Z drugiej strony pocieszające jest to, że mogło być gorzej … gdyby patrzeć na to z innej strony. Ale ja mam przecież dziecko do wychowania. Mam …miałam plany. Co to takiego plany? Od 13 maja (niech mi tu nikt nie wyskakuje z pechem) wiem, że plany są o kant … otłuc;/ Od 13 maja wiem tylko, że jedyne czego pragnę (ale nie planuję) to chcę móc biegać za synem uczącym się jeździć na rowerku, nauczyć go mówić, pisać. Chcę aby nie musiał wstydzić się chorej matki, aby chciał się do mnie przytulać …. Chcę być zdrowa! Ale tego nic już nie zmieni.

Nawet nie jest mi szkoda tych wszystkich pięknych, pachnących egzemplarzy, które piętrzą się w jednym z pokoi w naszym mieszkaniu. Żal mi tych, które obiecywałam przeczytać dla kogoś. Albo zwyczajnie mi głupio. Dla osób, które wspominam bardzo miło (nie twierdzę, że – jak tylko zdrowie mi pozwoli nie wrócę do czytania). Dziękuję wszystkim, dzięki, którym czytanie stało się dla mnie jeszcze ważniejsze i jeszcze przyjemniejsze. Dziękuję Pani Bognie za świat książek (dosłownie i w przenośni), Panom Marcinowi i Arturowi za Gombrowicza i Nabokova, Pani Marcie za tyle radości, że nie sposób zliczyć, i wielu innym wspaniałym osobom, które mi zaufały, które powierzały w moje ręce ciekawe tytuły. Przepraszam jednocześnie za te książki, których jeszcze nie przeczytałam. Mam nadzieję, że w niedługim czasie zdrowie pozwoli mi na – chociaż powolne – ale czytanie.

Dziękuję Wam blogerzy, że jesteście. Zaglądaliście tu, choć czasem – zdaję sobie sprawę – było nudno, słabo i bez polotu. Dziękuję za wszystkie uwagi, te krytyczne także.

Ten wpis to nie jest pożegnanie, to próba wyjaśnienie długiej nieobecności i zapowiedź dalszej być może.

Zawsze wiedziałam, że zdrowie jest najważniejsze, ale dziś to twierdzenie staje się dla mnie prześladującym mottem, dewizą, która nie schodzi z moich ust.

Dziś, kiedy przypięto mi łatkę (swoją drogą – czemu wszelkie dziwne, nie do końca rozpoznane choróbska nazywa się enigmatycznie skrótami, pisanymi drukowanymi literami?), wypalono mi stygmat w postaci dwóch wielkich liter, które nie mniej ni więcej oznaczają powolne wykańczanie organizmu;/ Taki pech, że choroba, która krąży w paśmie europejskim, dotyczy głownie kobiet od 16 do 40 roku życia akurat trafiła na mnie i to akurat kiedy zostały mi raptem dwa lata do zakończenia okresu zagrożenia;/ Taki los! Los na szczęście dał mi kochających i kochanych bliskich – dał mi wspaniałego Męża i Syna. Dwóch mężczyzn, którzy są moją radością, wsparciem i celem, dla którego udaję, że nie czuję pogarszania się zdrowia. Dla których wstaję, chociaż słabo mi, staram się być silna dla nich.

Mój tatuaż brzmi SM.

 

piątek, 3 maja 2013

czego słucha RENATA L. GÓRSKA kiedy pisze - dziś będzie radiowo i playlista do wyobru, czyli jeszcze raz o muzycznych inspiracjach i kolejna odsłona muzycznego cyklu książkowego;)

Kobiety odważne, tajemnicze to bohaterki Jej książek. Często na drugim planie (choć kto wie, czy nie jest to plan pierwszy) stoją równie tajemnicze domy, zamki i ciekawe miejsca. Ostatnio na blogu, który mój dzisiejszy Gość prowadzi pojawił się wpis o tajemniczym "stworze" - czyżby duch C.S. Lewisa przyszedł z zaświatów aby poddać dzisiejszemu Gościowi inspirację do kolejnej powieści? A gdzie inspiracji poszukiwała dzisiejsza Autorka do powieści, które już powstały?
 
Muzyczne natchnienie można znaleźć w śpiewie ptaków, szumie wodospadu i uderzeniach deszczu o kamienie, ale też wyszukiwać ich można w przepastnych 'studniach' radiowych. Tak właśnie czyni mój dzisiejszy Gość - Pani Renata L. Górska. Dziś nie wskażemy konkretnych utworów, przy których powstawały poszczególne powieści - poza jednym (ale to na końcu). Dziś każdy może wybrać sobie to, co lubi, na co w danym momencie ma ochotę - jak to czyni Pani Renata włączając swoje ulubione radio.
Zapraszam do stworzenia własnej playlisty inspirowanej powieściami Renaty L. Górskiej.


Muzyka towarzyszy mi niemal zawsze, a już na pewno, kiedy przebywam w domu. Tym samym, również podczas pisania w nim, wtedy zaś najprościej jest podłączyć się do radia internetowego (nie muszę odrywać się od biurka, by zmieniać płyty). Jakość muzyki z laptopa poprawiają dodatkowe, dobre głośniki, natomiast jej wybór zależy bądź to od pory dnia (częściej), bądź od nastroju, jaki narzuca mi pisany fragment. I tutaj dużym ułatwieniem jest np. strona z podziałem stacji wg gatunków muzyki:  http://www.rmfon.pl/ Plusem takiego sposobu odtwarzania muzyki jest również możliwość podglądu, co to za utwór, z jakiej płyty pochodzi, itp.
Moją ulubioną stacją, z którą zaczynam dzień, a też podłączam się do niej w jego trakcie jest RMF Classic:

 
 
Z polskich jest dla mnie bezkonkurencyjna, oprócz świetnego doboru muzyki są ciekawie prowadzone rozmowy wokół kultury i sztuki, informacje kulturalne i inne. Wyższa klasa!
Kiedy zaczynam pisać, preferuję stacje już wyłącznie z muzyką (również z tej samej strony http://www.rmfon.pl/ ).
Do południa pozostaję przy klasyce, naprzemiennie z muzyką filmową – zatem otaczają mnie spokojne tony. Później stopniowo pozwalam sobie na bardziej żywą muzykę np. http://www.rmfon.pl/radia/rmf-classic-rock.html, czy http://www.rmfon.pl/radia/rmf-w-pracy.html, by późnym popołudniem „schodzić” znów ku relaksacyjnej. Tutaj wybieram albo „kobiecą” stację: http://www.rmfon.pl/radia/rmf-styl.html, albo http://www.rmfon.pl/radia/rmf-love.html. Nierzadko też coś wg kaprysu, stacji jest przecież kilkadziesiąt!
Wieczorami, jeśli nie znowu RMF Classic, to spokojny, nocny jazz: http://www.rmfon.pl/radia/rmf-smooth-jazz.html lub operową.
 
Muzyka inspiruje mnie pośrednio, dodając nastroju opisywanym scenom czy rytm wybijanym słowom. Zdarzyło się jednak, że napisałam coś pod wpływem konkretnego utworu czy wykonawcy. Tak było np. z ariami operowymi w wykonaniu Pavarottiego. Powstała też kiedyś krótka opowiastka:
 do dźwięków poniższej pieśni Andreasa Scholla:
 
 
I w tymże nastroju…
Renata Górska
 
do nastroju przyłącza się także autorka bloga, dziękując za uwagę i rozmowę!
 
 
 
 
 
 

 


piątek, 26 kwietnia 2013

jak oderwać się od rzeczywistości, czyli kupię trochę czasu - konkursowo

 
A Wy jakie macie sposoby na oderwanie się od  rzeczywistości - od jazgotu codzienności, pracy, obowiązków domowych czy dzieci, aby móc czytać? Wystarczy taka krzycząca zawieszka?:)
 
Najlepszy sposób, taki, który będę mogła wprowadzić do swojego życia zostanie nagrodzony, oczywiście zawieszką, i oczywiście lekturą do niej odpowiednią:)
 
Jako, że ja teraz chętnie wywiesiłabym takową zawieszkę - dodając do niej "przeprowadzam się", "znikam ... na chwilę", konkurs trwa do odwołania.
(dam znać troszkę wcześniej gdyby miał się skończyć)
 
Powodzenia i pomysłowości!!
 
A TU już (w końcu raczej;/) wyniki!

czwartek, 25 kwietnia 2013

czego słucha MAŁGORZATA GUTOWSKA - ADAMCZYK kiedy pisze - czyli jeszcze raz o muzycznych inspiracjach i kolejna odsłona muzycznego cyklu książkowego;)

Dziś w muzycznej odsłonie książkowej przeniesiemy się do Francji końca wieku - barwnej i niezwykłej, dekadenckiej. Dziś muzyka równie piękna, jak książki, które przy niej powstały, klasyczna i wieczna, jak historia, która te książki buduje. Lecz bywa, że gorąca i ostra, jak brazylijska samba i amerykański rock. A to wszystko za sprawą mojego dzisiejszego Gościa - Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk.
Zapraszam!

Nie pamiętam już jak to się odbyło, podejrzewam jednak, że mój mąż kupił pierwszego walkmana podczas swojego stażowego pobytu w Paryżu. Zebraliśmy sporą kolekcję kaset magnetofonowych z muzyką popularną, których jednak nie mogę już sobie teraz przypomnieć.  

To mężowi zawdzięczam kolejne stopnie wtajemniczenia w technikę przenoszenia dźwięku (z czasem pojawiały się u nas discmany, kolejne mp3, wreszcie iPody). Używałam ich niemal do zdarcia tak w autobusie (dojeżdżałam do pracy), jak i podczas pisania.
Początkowo wydawało mi się, że słucham, aby wprowadzić się w nastrój, jednak prawda była nieco inna. Małe mieszkanie i brak możliwości ucieczki od niechcianych dźwięków, komputer, przy którym siedząc niemal dotykałam plecami telewizora, zmusiły mnie do poszukiwania dźwiękowego odosobnienia. Muzyka otulała kokonem dźwięków uporządkowanych, które nie przeszkadzały. Z czasem zrozumiałam, że daje mi też jeszcze coś niezwykle istotnego – energię. 
Moją edukacją muzyczną zajmował się mąż. To on przynosił płyty kolejnych artystów: Basi Trzetrzelewskiej, Mariah Carey, Michaela Boltona, Barry’ego White’a, Kenny’ego G, Michaela Boltona, Whitney Huston.


Moje najnowsze książki, w tym „Cukiernię Pod Amorem”, pisałam już jednak niemal bez słuchawek w uszach, od kilku lat mamy bowiem dom, a ja w tym domu mam swój gabinet. Mogę zatem zamknąć drzwi, odgradzając się od meczów piłki nożnej, które moi panowie oglądają z namiętnością prawdziwych kibiców, filmów ze ścieżką dźwiękową nagraną w systemie Dolby Surround, czy prób zespołu muzycznego mojego syna, kiedy te same kilka taktów piłowane jest tak długo, póki nie nauczę się ich na pamięć.
Czasem zakładam słuchawki, kiedy zatęsknię za jakimś artystą, czasem wkładam jego płytę do odtwarzacza. Dzieje się tak najczęściej kiedy gotuję i tę muzykę mój syn-perkusista nazwał „muzyką z kuchni”.
Tych „ulubionych” wykonawców jest sporo, ale gdybym wśród nich miała wybrać tego, po którego sięgam najchętniej, to byłyby to kolejne płyty Carlosa Santany. Santana towarzyszył mi wiernie podczas pisania „Niebieskich nitek”. Potem dzięki synowi odkryłam zespół Green Day, który wspomagał mnie w pracy nad „220 liniami”. 





Z kompozytorów klasycznych słucham najchętniej Mozarta i Rossiniego. „Cyrulika Sewilskiego” znam już chyba na pamięć.  Pracując nad „Podróżą do miasta świateł” i „Paryżem, miastem sztuki i miłości w czasach belle epoque” odświeżyłam sobie muzykę francuskiego fin de siecle’u, jak choćiażby  Maurice’a Ravela, Gabriela Faurego (polecam „Pavanę” op. 50), Claude’a Debussy’ego (polecam „Popołudnie fauna”), Camille’a Saint-Saensa (polecam zabawny „Karnawał zwierząt”) czy Erika Satie.

 
 
 

 






Uważam, że muzyka jest najdoskonalszą ze sztuk i trochę zazdroszczę młodszemu synowi, który ukończył szkołę muzyczną i przymierza się do studiów w tym kierunku oraz mężowi, który potrafi grać na gitarze, perkusji oraz na keabordzie.  Te wszystkie instrumenty są w naszym domu. Mamy też marakasy i to jest jedyny instrument, któremu po krótkim treningu, być może byłabym w stanie sprostać…   
 
Dziękuję Pani Małgorzacie za tę wzruszającą podróż w przeszłość, jak i w nieznane mi tereny.
Dziękuję!


Czego słucha Magdalena Pioruńska
Czego słucha Małgorzata Warda

piątek, 19 kwietnia 2013

czego słucha MAGDALENA PIORUŃSKA kiedy pisze - czyli kolejna odsłona muzycznego cyklu książkowego;)

Kiedy poprosiłam Magdę o opowiedzenie mi o tym, czego słucha kiedy pisze zdziwiła się stwierdzając, że z niej taka nieopierzona pisarka. Ha! Iluż niespełnionych pisarzy, marzących o własnym piórze chciałoby być równie nieopierzonym? Ileż pięknych łabędzi wyrosło z szarych kaczątek!? Magda! Twoje pióro dzierżysz już w dłoni - piszesz, więc jesteś (tu):)
Zapraszam do wysłuchania muzycznych inspiracji Autorki nietuzinkowej. Mitologiczne Opowieści z Zoa nie zdarzają się często, a co do nich inspiruje?
 
Czego słucham, kiedy piszę? Naprawdę ciężko stwierdzić, bo zazwyczaj staram się nie skupiać na muzyce. Wtedy najmniejsza rzecz może mnie rozproszyć. Zresztą w trakcie pisania muzyka nie gra dla mnie żadnej roli, ponieważ pochłania mnie świat, który tworzę. Jest jednak kilka piosenek, bardzo kojarzących się z moimi postaciami. Bowiem muzyka jest dla mnie ważna na etapie kreacji, umieszczenia bohaterów w konkretnych scenach, malowaniu w głowie obrazów, przelewanych później na papier.
 
Numerem jeden na pewno będzie jedna z najnowszych piosenek Lany Del Rey Ride przede wszystkim dlatego, że ma naprawdę cudowne słowa i paradoksalnie najbardziej podobają mi się fragmenty, które piosenkarka opowiada, a nie śpiewa. Zawierają w sobie unikalny przekaz, sprowadzający się do przekonania, że bez samoświadomości i poczucia wolności nie jesteśmy w stanie żyć odważnie i bez kompleksów. Taka postawa odpowiada wielu moim bohaterom. Kiedy myślę o Opowieściach z Zoa Ride chyba najbardziej pasuje do głównego antagonisty w tej historii – Lucyfera, z jednej strony zdeklarowanego libertyna, bezwzględnie skupionego na sobie, a z drugiej osobę pozbawioną strachu przed opinią innych. 
Poza tym ten konkretny cytat z piosenki natchnął mnie do wielu pozytywnych zmian w życiu. Może i dla Was będzie inspiracją:

Who are you? Are you in touch with all of your darkest fantasies?
Have you created a life for yourself where you’re free to experience them?
I have.
I am fucking crazy. But I am free.

 


To ciekawe. Wybieranie moim ulubionych, twórczych piosenek uświadomiło mi właśnie jak ważna jest dla mnie wolność. Numer dwa to kompozycja Dido No freedom. Ta piosenka opowiada o tym, że prawdziwa miłość opiera się na pozostawieniu tej drugiej osobie wolności. Wolność to miłość, a miłość to wolność. Ostatnio Dido towarzyszy mi przy tworzeniu relacji między kochankami, więc sądzę, że doskonale wpisała się w klimat. J Poza tym piosenkarka ma boski, delikatny głos. Sam jego dźwięk sprawia, że zaczynam błądzić myślami w obłokach. J


Zmieniamy teraz nastrój i przenosimy się do okrutnego świata Django. Zapewne wszyscy znacie ten najnowszy film Quentina Tarantino. Byłam na nim w kinie i poza fenomenalną kreacją Leonardo Di Caprio największe wrażenie zrobiła na mnie muzyka, przewijająca się w tle. Oczywiście najbardziej uwiodła mnie kompozycja Freedom, ale żebyście nie mieli o mnie wyobrażenia, że mam na tym punkcie fiksację J, tym razem polecam utwór: Who did that to you?, który przekazuje przyczajony niepokój i drapieżność, ukryte pod gęstym lenistwem akompaniamentu. Całość świetnie wpasowuje się w moje sceny wojennych potyczek bądź krwawej zemsty w Zoa. Słuchacz zastyga w oczekiwaniu na najgorsze i tak już pozostaje do finału tej kompozycji.   

 
 
Kolejny utwór jest dla mnie inspirujący na dwóch płaszczyznach: muzycznej i wizualnej. Elektryzujący głos szwedzkiej wokalistki świetnie koresponduje z obrazami przedstawionymi w teledysku. What else is there? Royskopp. W trakcie jego trwania zawsze wyobrażam sobie daleką podróż moich bohaterów albo lot balonem między chmurami. J
 
 
Na zakończenie moja absolutnie ulubiona piosenka. Przede wszystkim ze względu na pozytywny ładunek, który ze sobą niesie, ale też jej fragment: Poznać wszystkie diabły, anioły, elfy, strzygi i upiory. J Ja znam co najmniej połowę tego zacnego towarzystwa. I to osobiście. ;)
Siedzę na ławce, patrzę na słońce. Chyba już dzisiaj nigdzie nie zdążę. Chyba już nigdy nie będzie lepiej. Nie będzie dobrze, więc się nie spieszę…
 
 
Tym optymistycznym akcentem kończę moją muzyczną podróż i jak zwykle serdecznie zapraszam do Szuflady. J Mamy ostatnio kilka ciekawych projektów, które na pewno Was zainteresują, jak chociażby Szuflada Literacka- spotkania z autorami. Najbliższe już 22 kwietnia w Opolu z moją poprzedniczką Małgorzatą Wardą. Warto wpaść do Opola. ;)
 

 
Czego słucha Małgorzata Warda
Czego słucha Małgorzata Gutowska - Adamczyk

czwartek, 18 kwietnia 2013

cztery opowiadania, dwie opinie i Dwie kobiety czyli Lessing podzielona i tym razem z opowiadaniami


Ten zbiór opowiadań mogłabym polecić zarówno rozpoczynającym przygodę z prozą Doris Lessing, jako dobry start do całego jej dorobku, jak i wiernym jej czytelnikom – tu jako doskonałe uzupełnienie tego, co już znają. Bo czeka ich ogromna niespodzianka!
Zbiór zatytułowany Dwie kobiety składa się z czterech opowiadań. Czterech jakże różnych – zarówno od siebie, jak i od tego, co wcześniej oferowała nam Autorka. Opowiadania różnią się od siebie tak mocno, iż można pomyśleć, że każde z nich napisał ktoś inny.
Tytułowe opowiadanie Dwie kobiety to arystokratyczna wersja związków kazirodczych. Znane na całym świecie kobiety – sportsmenka i artystka – przyjaciółki od dzieciństwa nie mogą istnieć niezależnie. Żyją jakby były jednym organizmem, jakby istnienie jednej powodowało istnienie tej drugiej. Do tego stopnia, iż kobiety potrafiły – w dorosłym życiu – poświęcić swoje małżeństwa, opuścić mężów aby być blisko siebie. Kochanki? Otóż nie. To tylko taka zwodnicza myśl, jedna z tych podejrzanych, które rodzą się w wyobraźni czytelnika, od pierwszych obrazów pojawiających się w opowiadaniu. Plaża, słońce, dwie starsze panie, przystojni młodzi mężczyźni, małe dziewczynki, i tylko brakujący element – brak dwóch młodych kobiet, mam dziewczynek. I już krąży na jasnym niebie jakaś myśl podejrzana, szum fal niesie coś niedobrego… 

Kolejne opowiadanie Wiktoria i Staveneyowie to historia dziewczynki, opuszczonej przez rodzinę – ojca, który nie bardzo chyba kwapił się do wychowywania córki, zmarłą matkę i chorującą ciotkę. Opuszczonej pod szkołą w deszczowy dzień, dzień, który wszystko zmieni w jej życiu. Dobrzy ludzie, piękny dom, marzenia o bogactwie, pierwsze zauroczenie, miłość, dziecko, cały czas zawieszenie w marzeniach … wszystko mogłoby ułożyć się nawet całkiem miło, ale dziewczynka jest czarna. Pseudotolernacja, rasizm – wszystko na pokaz.
 

I tu mogłabym zakończyć przybliżanie zbioru Doris Lessing, bo o ile dwa pierwsze opowiadania bardzo mnie zainteresowały i wciągnęły, przypominając nieco znaną mi wcześniej twórczość Autorki, o tyle z dwoma kolejnymi było gorzej.
Przyczyna przypominało mi raczej Rok potopu Margaret Atwood, a ten z kolei nie jest też moją ulubioną powieścią tej Autorki. W Przyczynie za dużo – jak dla mnie – fantasmagorycznych wymysłów, które może nie do końca są fantasmagorią, ale na pewno są nie w moim guście (coś jak książki Pratchetta – niby życie, ale utkane z innych nici). I kolejne – Dziecko miłości - trochę przypominające Odpowiednie małżeństwo (czyli drugą część Dzieci przemocy Doris Lessing) ale w tej skoncentrowanej formie, jaką jest opowiadanie – dla mnie – nie do końca do strawienia.
Podsumowując jednak – zbiór opowiadań Dwie kobiety, dla kogoś kto lubi spotkania z prozą Lessing wart jest lektury, nawet gdyby miała ona ograniczyć się tylko do dwóch pierwszych. Podkreślam jednak, że opinia na temat dwóch pozostałych to moje subiektywne zdanie na ich temat, i nie oznacza ono, iż to opowiadania gorsze pod jakimkolwiek względem. Myślę, że z tego zbioru każdy znajdzie coś dla siebie, może tez zdarzy się tak, że nie od razu zachwyci się całym zbiorem, ale po czasie da szansę innym opowiadaniom (tak, jak mam nadzieję, zrobić to ja).